Gościnne recenzje,  Kryminał,  Literatura polska

„Wada” Roberta Małeckiego – gościnna recenzja

Zapraszam do zapoznania się z innym punktem widzenia 🙂 Poniżej oryginalny tekst. Autor recenzji pragnie pozostać anonimowy.

——————————————————————————————————————–

Gdyby zadać tradycyjne przy lekturze ‘kryminałów’ pytanie, kto zabił, odpowiedź nasuwa się jedna i prosta: autor czytelnika – umęczył i zabił. Naśladowanie „gigantów” czy „stachanowców” opasłej polskiej literatury kryminalnej jak Remigiusz Mróz czy Katarzyna Bonda, zwykle kończy się źle, ponieważ objętości ich książek nie da się pokonać. Nasz autor „ograniczył się” do 535 stron, zapominając o podstawowej zasadzie: jeśli pisarz nie potrafi wyjaśnić zagadki na ok. trzystu stronach, to znaczy, że nie umie prowadzić śledztwa i nie umie pisać. Jedno i drugie występuje w omawianej książce Małeckiego. Akcja rozwija się ospale, policja szuka bezskutecznie ciał, mnożą się szczegóły i poszlaki, a czytelnik na 450 stronie nadal nie wie, co z tego może wyniknąć. Do tego wątki uboczne: żona komisarza w śpiączce od 10 lat, obok kręci się chętna Malwina, dla której policjant nie ma jednak czasu (służba!), syn gdzieś przepadł i ojca nienawidzi, a młodsza i niedopieszczona aspirantka wyżywa się w seksie z przypadkowym młodzieńcem. Akcji powieści to jednak nie posuwa (nomen omen) naprzód, podobnie jak malownicze opisy: ”Słońce grzało go w plecy. Nie miał się gdzie schować. Rozejrzał się za cieniem po obejściu, ale nigdzie go nie było. Drewniany płot wokół domu uginał się pod po własnym ciężarem. Brązowe sztachety, spękane i spróchniałe, zachodziły od dołu mchem. Lewa część niewielkiego ogródka była wypielona, a obok zagrabionej, przesuszonej czarnej ziemi leżała graca na długim trzonku i kupka zeschniętych chwastów. Na nich spoczywała para grubych gumowych rękawic. Drugą część, po prawej, porastały dziko chaszcze. Większe drzewa, które mogłyby dawać trochę ochłody, rosły poza domem. Ich korony, nieruchome jak teatralna inscenizacja, wystawały nad starym poczerniałym azbestowym dachem. Obok stała zapuszczona obora i wysoka drewniana stodoła, z której podpadały niektóre deski. Słońce przeświecało przez szerokie, szpary i cięło wnętrze świetlistymi płaszczyznami”. Ech, rozmarzył się nasz autor tym sielskim widoczkiem (nie pierwszy zresztą i nie ostatni raz), z którego żaden szczegół nie wpłynął w jakikolwiek sposób na bieg sprawy. Do tego od połowy książki w Chełmży leje nieustannie deszcz i komisarz Gross brodzi smętnie po kałużach, odczuwając – dla podniesienia napięcia – bóle pod mostkiem, które w końcu okazują się nerwobólami międzyżebrowymi. Oczywiście typowe dla każdego przeciętnego kryminału nienajlepsze stosunki międzyludzkie w komendzie („komisarz Śmierć”), zmęczony życiem szef i arogancki, wulgarny prokurator. Wszystkie stereotypy marnej powieści policyjnej. W tytule książki jest jedna „Wada”, ale w treści jest ich znacznie więcej.

Stały czytelnik – Marek Pińcio-Kociński.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *