wioska klamcow hanna gren zaczytanie recenzja

„Wioska kłamców” Hanna Greń – recenzja

Od zawsze fascynował mnie motyw małych, odizolowanych od reszty społeczeństwa miasteczek i ich zamkniętych na zewnętrzny świat mieszkańców. Gdy natrafiałam na film lub książkę z takim motywem, oczekiwałam osnutych tajemnicą historii, mrocznej atmosfery i nieustannego napięcia. Czy „Wioska kłamców” mi tego dostarczyła? Przekonajcie się…

Hanna Greń osadziła akcję swojej powieści w Strzygomiu, niewielkiej miejscowości liczącej niespełna 170 mieszkańców. Miasteczko zawdzięcza swoją nazwę krążącej wśród mieszkańców legendzie, jakoby założycielkami wioski były trzy przeklęte siostry uważane za strzygi. Z racji swojej domniemanej nieludzkiej natury odstraszały okolicznych mieszkańców, a w szczególności męskie towarzystwo, toteż aby ściągnąć do siebie płeć przeciwną, niewiasty w zamian za świadczenie pewnych usług postanowiły obiecywać bezpieczne schronienie tym, którzy go potrzebowali. I tak też do wioski zaczęli ściągać różni włóczędzy oraz kryminaliści, którzy nie mieli się gdzie podziać. Po niedługim czasie na świat zaczęły przychodzić dzieci, lecz dziwnym zrządzeniem losu, były to same dziewczynki. Sytuacja pozostawała bez zmian przez lata, a siostry rodziły kolejne córki. Jednak później, w czasach  już bardziej współczesnych, panny na wydaniu wcale nie miały łatwiej. Legenda wciąż żyła wśród ludzi i nikt nie chciał się wiązać z potomkami przeklętych strzyg.

Obecni mieszkańcy Strzygomia to niemal hermetyczna społeczność, nieufna wobec obcych, ale za to wiedząca wszystko o swoich sąsiadach. To ludzie, którzy doskonale zapamiętują nieistotne dla innych szczegóły i całymi dniami mogliby rozpowiadać plotki na temat życia prywatnego współmieszkańców. Nie znaczy to jednak, że są całkowicie zamknięci na świat – prowadzą swoje biznesy i gospodarstwa, a życie we wsi toczy się tak, jak wszędzie. Pewnego dnia do wioski przyjeżdża Dioniza Remańska, była policjantka, która pragnie odszukać mordercę swojego ojca – nie wierzy bowiem, że za sprawą zabójstwa stoi dwóch mechaników ze Strzygomia. Krok po kroku odkrywa kolejne nieznane fakty oraz dowody w sprawie. Pomagają jej w tym miejscowi policjanci oraz rodzina aresztowanych, jednak już po kilku dniach ktoś zaczyna jej rzucać kłody pod nogi i Diona zdaje sobie sprawę, że nie wszystkim mieszkańcom Strzygomia można ufać. Na jaw wychodzą kolejne skrywane przez lata tajemnice a sprawa zaczyna się robić coraz bardziej niebezpieczna…

Z przykrością stwierdzam, że nie porwała mnie ta książka. Cała opowieść to praktycznie same dialogi głównej bohaterki z mieszkańcami, w dodatku niezbyt ciekawe, a nieraz wręcz irytujące. Autorka za bardzo skupiła się na opisie gestów, mimiki oraz reakcji bohaterów. Nic nowego nie wnosiło do spawy to, że ktoś po raz kolejny zmarszczył brwi, czy też się zaczerwienił.

Sama Dioniza Remańska również nie wzbudziła mojej sympatii. Pomimo 28 lat na karku, często zachowywała się jak rozkapryszona nastolatka, która chciałaby wszystkich ustawiać. Generalnie, postaci wydawały mi się mało autentyczne i bezbarwne a nowych nazwisk przybywało z rozdziału na rozdział, szczególnie na końcu. Doszło w końcu do sytuacji, w której musiałam się cofać o kilka kartek, żeby się upewnić, że wiem, o kim jest teraz mowa. Gdyby zawęzić grono kluczowych bohaterów, to cała historia wypadłaby o wiele efektowniej.

Jednak przede wszystkim nie znalazłam w książce tak oczekiwanej mrocznej atmosfery, a elementy folkowe zostały potraktowane bardzo pobieżnie. Spodziewałam się więcej napięcia oraz strachu. Nic mnie jednak nie przeraziło a tajemnice, które „najlepiej zabrać do grobu” nie były wcale takie przerażające. Książka miała potencjał, lecz nie został w pełni wykorzystany.

Ogólna ocena: 2,5/5.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.